Zmiany w szkolnej nomenklaturze
Zmiany w szkolnej nomenklaturze
Resort edukacji chce, żeby wszystkie szkoły nazywały się tak samo, a różniły jedynie numerem i ewentualnie imieniem patrona. Zdaniem przedstawicieli MEN w obecnym nazewnictwie panuje straszny bałagan, bo - jak mówi pracownik biura prasowego ministerstwa - „jedne placówki mają dodatkowe elementy w nazwie, a inne nie. Trzeba to uporządkować, bo tablice szkół powinny wyglądać jednolicie”. Dlatego z nazw szkół, tablic urzędowych, pieczęci i legitymacji miałyby zniknąć wszystkie dodatkowe określenia. Uczniowie będą chodzić do szkoły podstawowej, gimnazjum, liceum.
Co to jest bałagan?
Fakt, że gdyby zestawić wszystkie używane obecnie oficjalnie, a nie tylko potocznie (np. „gastronomik”, „elektryk”), dodatkowe określenia stanowiące część składową nazwy szkoły, to wyszłaby z tego przydługa litania: „integracyjne, „z oddziałami integracyjnymi”, „sportowe, „ogólnokształcące”, ale i „rolnicze”, „chemiczne”, „pszczelarskie”, „ogrodnicze”, „żywienia i gospodarstwa domowego”, „elektryczne”, „handlowe”, „leśne”, ekonomiczne”, „komunikacyjne”...
MEN, uzasadniając swój pomysł, szermuje hasłem zlikwidowania bałaganu w szkolnej nomenklaturze. Problem w tym, że to, co z perspektywy Warszawy może wyglądać jak bałagan, w regionie, gminie, powiecie bałaganem już nie jest, a wręcz przeciwnie – zróżnicowane nazewnictwo wprowadza porządek i ułatwia orientację. To właśnie dodatkowe określenia nadają szkole tożsamość i pozwalają odróżnić ją od innych placówek tego samego typu czy rodzaju, w zdecydowanej większości pozostają przecież w ścisłym związku z prowadzonym w danym budynku rodzajem czy specjalnością kształcenia.
Na szczęście wśród określeń, które bałaganią i powinny zniknąć, nie znalazły się te określające profil szkół prowadzących kształcenie zawodowe, takich jak technika czy szkoły zawodowe. Ich reforma nie obejmie – nowe przepisy pozwalają w nazwie szkoły kształcącej w danym zawodzie wskazać kierunek kształcenia zawodowego.
Technikum pszczelarskie nie straci nazwy
Dzięki temu, jeśli nowelizacja przygotowana przez MEN wejdzie w życie w swoim obecnym kształcie, technikum pszczelarskie w Pszczelej Woli, jedyna taka szkoła w Polsce, a jak każe Internet – ponoć także w Europie, pozostanie technikum pszczelarskim, a nie stanie się „technikum nr jakimś tam”. Dzięki temu szkoła nie straci swojego unikalnego charakteru, bo to byłoby mniej więcej tak jakby wysokiej jakości produkt stracił swój znak firmowy. Nazwy to nie tylko wizytówka, pozwalająca łatwo zidentyfikować szkołę na lokalnym rynku edukacyjnym, to często po prostu marka.
Wyłączając spod działania nowych przepisów szkoły kształcące w różnych zawodach, resort miał zapewne w pamięci doświadczenia sprzed dwóch lat, kiedy to nieprzemyślane zmiany w tak delikatnej sferze, jaką jest styk lokalnej tradycji i centralnych wytycznych, spowodowały wybuch społecznego niezadowolenia. Kiedy wiosną 2008 r. znowelizowano rozporządzenie o wydawaniu świadectw, pod siedzibę MEN zaczęły zjeżdżać delegacje uczniów, rodziców, nauczycieli i władz lokalnych z różnych regionów kraju. Wtedy też chodziło o nazwy – przepisy nakazywały, by w przypadku szkół wchodzących w skład zespołu na świadectwie wpisywać tylko nazwę szkoły, a nazwę zespołu szkół pomijać. Dla niektórych szkół niemożność wpisania pełnej nazwy zespołu była ciosem poniżej pasa: przedstawiciele Śląskich Technicznych Zakładów Naukowych (to pełna nazwa zespołu), nie bez racji, argumentowali wówczas, że świadectwo z wpisem „technikum nr...” to nie to samo, co dokument opatrzony nazwą słynnych i cenionych w regionie „Śląskich Zakładów”. Maturzyści obawiali się, że w rozmowach z pracodawcami staną się anonimowi, a władze szkoły uznały, że są „odzierane z tradycji”, na którą szkoła pracowała latami. Przyparty do muru, resort ustąpił i w drodze wyjątku zezwolił niektórym szkołom na wpisanie do świadectw swych historycznych nazw.
W nowym rozporządzeniu o świadectwach tego niefortunnego przepisu już nie ma: w odniesieniu do nazw zespołów szkół słowo „pomija się” zastąpiono wyrażeniem „można pominąć”. Tym samym pozostawiono szkołom wybór. Przecież jeśli dyrektor zespołu uzna, że wpisanie na świadectwie pełnej nazwy zespołu jest celowe, bo dzięki temu szkoła jest rozpoznawalna w regionie, to może ją na tym świadectwie umieścić; jeśli zaś taka nazwa mówi niewiele, bo ważniejsza jest ta, którą nosi szkoła, wtedy może ją pominąć. I taka swoboda potrzebna jest szkolnej nomenklaturze.
Dziś, tak jak dla studenta liczy się nazwa uczelni, którą skończy, tak dla ucznia technikum czy liceum ważna jest nazwa szkoły, bo z jej świadectwem absolwenci, jeśli nie kontynuują nauki na studiach wyższych, rozpoczynają swoją karierę zawodową. Przedstawiciele resortu często wyrażają pogląd o potrzebie urynkowienia oświaty, by uczeń był klientem, o którego walczą szkoły. Bo rywalizacja o ucznia podnosi poziom nauczania w kraju: słabsze szkoły stracą klientów albo będą musiały dorównać tym lepszym. Anonimowym szkołom trudno byłoby rywalizować.
Czy nazwy piętnują uczniów?
W dyskusji o szkolnej nomenklaturze twierdzeniu o koniecznych porządkach towarzyszy inny, bardziej nośny społecznie argument, a z takim trudniej jest dyskutować. Otóż według części komentatorów, a jak można przypuszczać – także przedstawicieli MEN, niektóre nazwy są powodem napiętnowania i dyskryminacji uczniów. Chodzi głównie o takie określenia, jak „specjalna”, „integracyjna” czy „z oddziałami integracyjnymi”. Gwoli prawdy, trzeba przypomnieć, że określenie „specjalne” z tablic, legitymacji i pieczątek zniknęło już dawno, a jeśli jeszcze gdzieś występuje, to narusza obowiązujące przepisy. Odpowiednia zmiana w tym zakresie (przepisy dotyczące ramowych statutów szkół publicznych) weszła w życie 1 września 2003 r. i pozostaje w mocy (Dz.U. Nr 146, poz. 1416 z 2003 r.). Zmiany proponowane teraz idą jeszcze dalej: kłopotliwe określenie zostanie usunięte także z samej nazwy szkoły, a w statucie znajdą się jedynie informacje określające specyfikę danej placówki. Czy to „rozwiązanie magiczne” sprawi, że uczniowie niepełnosprawni i ich rodzice poczują się lepiej? Wątpliwe. Bo problem leży gdzie indziej.
Złych skojarzeń, w które szkoły specjalne obrosły przez lata, na skutek zaniedbań, szkodliwych praktyk i złego prawa, nie da się zlikwidować jak ręką odjął. Wokół szkolnictwa specjalnego panuje negatywny klimat. To po części pokłosie obecnie panującej tendencji w edukacji uczniów niepełnosprawnych, która największą wartość przypisuje edukacji integracyjnej, a szkolnictwo specjalne traktuje jako ostateczność. Taki pogląd każe sądzić, że szkoła integracyjna najlepiej odpowiada potrzebom dziecka niepełnosprawnego, gdyż pozwala mu na naukę w „naturalnym” środowisku rówieśniczym, sprzyja integracji i zapobiega marginalizacji. Model segregacyjny (szkoła specjalna) traktowany jest jako gorszy, nieskuteczny z punktu widzenia kariery zawodowej ucznia i jego przyszłej aktywności społecznej, wychowujący jednostki niesamodzielne. Specjaliści i teoretycy edukacji określają tego rodzaju myślenie mianem „ideologii dystrybucji szczęścia”. Oto „my” – w pełni sprawni, silniejsi i lepiej zorientowani w rzeczywistości, a więc także i w potrzebach i aspiracjach osób niepełnosprawnych, wiemy, czego „im” – mniej zdolnym do kształtowania własnego losu, skrępowanym różnego rodzaju ograniczeniami, słabszym i wymagającym opieki – potrzeba, żeby czuli się szczęśliwi, spełnieni, zintegrowani i akceptowani. Argumentację o wyższości modelu integracyjnego przejmują też rodzice, i trudno im się dziwić, że mając w ręku orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego, stają przed dylematem: szkoła specjalna czy może integracyjna, i często robią wszystko, by uchronić dziecko przed placówką specjalną. Świadczy o tym niepokojące zjawisko coraz częstszego korzystania przez rodziców uczniów niepełnosprawnych z indywidualnego nauczania, a przecież to zarezerwowane jest wyłącznie dla dzieci, które z różnych powodów (wypadek, przewlekła choroba) okresowo nie mogą uczęszczać do szkoły. Zdarza się też, że rodzice nie przyznają się do posiadania orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego. Stereotyp szkoły specjalnej jako miejsca dla „gorszych” wzmacniają dodatkowo godne potępienia praktyki polegające na „zsyłaniu” do tych szkół uczniów, z którymi szkoła masowa nie może sobie poradzić, np. Romów (patrz akcja władz oświatowych w małopolskich Maszkowicach). Sprzyja to tylko niezrozumieniu misji i znaczenia szkół specjalnych, a tu zmiana nazwy niewiele bądź nawet nic nie pomoże.
Małgorzata Tabaszewska